Powrót do Magicznego Lasu

Och, mój Lesie! Jakżeś się zmienił!

Mała wieś otoczona lasami, dookoła niej łąki, a za łąkami gęsta ściana lasu. Las przedziela na pół asfaltowa droga. Część zachodnia, to właśnie kwietne, pachnące łąki oraz monokulturowy, sosnowy bór o miękkiej niezarośniętej krzaczyskami ściółce. Biały — jakby powiedział zawodnik BnO. Część wschodnia, to porastający wzgórza dziki ostęp pełen grądów, olsów i buczyn. To łęgi, torfowiska i absolutnie puszczański charakter lasu. To ostoja zwierzyny, gdzie drogę przebiegają stada jeleni, w zaroślach słychać odgłosy dzików i gdzie można natknąć się na borsuka, a nawet na tropy wilków. Ukochana dzicz.

Gdy po latach wróciłem do systematycznego biegania, na nowo zacząłem odkrywać zapomniane polne drogi, te ciągnące się wśród łąk oraz leśne, kręte ścieżki. Cholera, jak mi tego brakowało: zapachu żywicy, truchtania pomiędzy łanami pszenicy, śpiewu wiszącego nad łąką słowika, ale przede wszystkim kojącej soczystej zieleni drzew. Tęsknota za napieraniem po leśnej głuszy sprawiła to, że chce mi się bardziej, więcej, dłużej, że płonę…

Łąki. Tutaj postawiłem pierwsze biegackie kroki. Powolne człapanie po piaszczystych, miękkich drogach nie obciąża nadmiernie stawów. Trzeba pamiętać, że nadal jestem grubym mastodontem i najrozsądniej byłoby zrzucić więcej zbędnych kilogramów, zanim zacznie się biegać, ale… Ale nie mogłem już czekać, zaryzykowałem, mięśnie pamiętały.

Las — część zachodnia. Gdy rozpocząłem drugi okres przygotowania do pokonania dystansu maratońskiego, a czas treningu oraz kilometraż się zwiększyły, wbiegłem do lasu. Tylko tutaj mogłem odzyskać spokój i równowagę. Przypomnieć sobie, jak to jest biec nieprzerwanie. Załapać się na pierwszy flow. Zacząć czerpać przyjemność z ruchu. Odlecieć.

Las — część wschodnia. Ten las i wzgórza, na których rośnie, zarezerwowane są na hardcorowe wybiegania. To tutaj, raz w tygodniu, robię krosy. To tutaj wypacam siódme poty i to tutaj, już za jakiś czas, poznam na nowo ból chaszczowania oraz nakurwiania do upadłego. Wariat, pomyślicie. Lubi ból i cieszy się na niego? Tylko prawdziwy Napieracz zrozumie, że ból jest konsekwencją biegu, że jest dobry, że im większy, tym większa satysfakcja z wykonanego treningu, z przygody. No pain, no gain. Po prostu.

Należę do plemienia poszukiwaczy. Odnajduję miejsca i lubię się w nich zagubić. Łączę romantyzm chwili z klimatem i estetyką otoczenia. Zaglądam w zakamarki dotąd niezbadane, dziewicze. To zawsze wywołuje u mnie dreszczyk emocji, jak u dzieciaka, który dostał swoją upragnioną książkę o dinozaurach. Już nie mogę się doczekać, kiedy ponownie zasznuruję stare buciory i pobiegnę tam, w stronę nieodległej zielonej ściany.

Do zobaczenia gdzieś w środku lasu!

Kiedy nie uprawiam ogrodu, to kręcę korbą, nakurwiam z aparatem po leśnych ostępach albo uganiam się po nich z kompasem i mapą. Gubię się w górach po to, aby odnaleźć się kilka dni później. Zarywam noce przy dobrej książce. Czasami odsypiam je w namiocie rozbitym gdzieś w lesie albo na brzegu rzeki.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *