All posts by borman

W oczekiwaniu na magię

W oczekiwaniu na magię

Jeszcze nie ma jej w kalendarzu. Nawet za oknem jej nie ma, a jednak niedługo przyjdzie. Czuć ją w mroźnym powietrzu wdychanym w drodze do stolarni, chrzęści pod stopami lekkim przymrozkiem na leśnej ściółce. Widać ją w szarawym ubarwieniu saren, które teraz chętniej odwiedzają nasz ogród i stołują się resztkami smakołyków. Czuć w smaku żurawiny, która lekko przemrożona stała się słodsza. Jest obecna w jarmużu, który zmiękł pod jej wpływem. Jest już w ozdobach, choinkach i opakowaniach prezentów. Jest w nartach przyniesionych już z piwnicy i w nasmarowanych sankach.

To wszystko znaczy, że już za chwilę pojawi się w pełnej krasie, ze swoim białym puchem, bajkowymi obrazami na szybach. Zaskrzy się drobinkami lodu i zawiśnie soplami na drzwiach stolarni. Znowu nas zaskoczy, czasem brakiem prądu, czasem zawianą śniegiem drogą ze stolarni do paczkomatu, a czasem szronem na nieobrobionych deskach.

I prawdę mówiąc, nie możemy się doczekać, żeby już przyszła i żeby była prawdziwa, siarczysta, biała. Nic nie może się równać przyjemności drewna w kominku, grzanego wina z goździkami i domowego bigosu mieszanego drewnianą łyżką. Zimą spotkania z przyjaciółmi smakują specjalnie. Zapach świec owiniętych w korę, świeży placek drożdżowy stygnący na drewnianej desce w kuchni i uśmiechy gości wpatrzonych w ogień. Zimą w wierzbowych miskach leżą jabłka i orzechy, na dębowej desce powstają ciastka w kształcie serca, gwiazd i choinek, a w moździerzu pachnie cynamon i skórka pomarańczy.

Zimą magia przenosi się z lasu prosto do naszego wiejskiego domu i niewielkiej pracowni Magicznego Lasu…

Statuetki sukcesu

Nic nie może się równać z tym uczuciem, gdy docieramy do mety. Niezliczone treningi w deszczu, wszystkie te nieobejrzane filmy i niezauważone wpisy na Facebooku, niezjedzone słodycze, nieprzespane poranki i omijane szerokim łukiem fast foody w końcu przynoszą efekt, a czas spędzany na śledzeniu nowości w kolekcjach biegowych i uszczuplanie budżetu domowego zakupami butów, których nazwy stają się coraz trudniejsze do wymówienia, nabierają sensu.

Medale, koszulki, puchary, statuetki są dowodem, że nam się udało pokonać własne lenistwo i ból w lewej łydce i górzystą trasę i ten ciężki podbieg złośliwie ulokowany na ostatnim kilometrze trasy. I jeszcze dwa techniczne zbiegi. A skoro je pokonaliśmy, to teraz już wszystko jest możliwe. No bo czym jest taka rozmowa o podwyżce w porównaniu z 10 000m przewyższeń. Co to za problem znaleźć pracę swoich marzeń, skoro znalazło się wąską ścieżynkę między krzakami w drodze do punktu kontrolnego.

Niepowtarzalna chwila radości i wiary, że wszystko jest możliwe, może potrwać dłużej. Dlatego w Magicznym Lesie robimy statuetki dla zwycięzców ze szczególną troską. Znamy ból nadrabiania kilometrów, gdy obierze się niewłaściwy wariant trasy. Wiemy, jaka to radość poprawić życiówkę i co się czuje, gdy z założeń nic nie wyszło.

Dlatego przygotowujemy statuetki jak bezcenne precjoza. Postawione na półce drewniane trofea mają moc przypominania, że pokonaliście dystans i wszelkie przeszkody, by dotrzeć do mety. Robimy je starannie, z pasją, zawsze indywidualnie dostosowane do charakteru biegu. Dobieramy drewno, tak jak wybieramy biegi. Potem przychodzi czas na wybór wariantu, najlepszej strategii, zaczyna się ultramaraton z dłutem w ręce i wreszcie jest meta. Statuetka gotowa.

Magiczny Las

Podobno drewno ma aż 30 000 zastosowań. Budują z niego domy, maszyny, robią instrumenty i notesy na pomysły. W Magicznym Lesie nas to nie dziwi. Nie robimy skrzypiec, ani notesów, ale pudełka na marzenia i miseczki pełne niczego, już tak. Zresztą, co by z niego nie zrobić zawsze wyjdzie coś pięknego, ekologicznego, naturalnego i zdrowego.

W drewnianym domu lepiej się oddycha, myśli i żyje. Wolniej rozwijają się grzyby i bakterie, rzadziej pojawiają się alergie, ale nie jest potrzebny cały dom, by się nim cieszyć. Drewno wiele potrafi wytrzymać. Nie straszne mu zabawy dzieci, uginanie się pod ciężarem odrabianych przy biurku lekcji i niedzielnych obiadów. Nie nudzi się, gdy domownicy rozgrywają długą partię szachów i gdy nieustannie miesza coś w garnku, żeby się nie przypaliło.

Drewno ociepla atmosferę w domu paląc się w kominku, przechowuje wino w beczkach i wpuszcza powietrze przez okienne ramy. Izoluje od zimna, chroni przed hałasem i jest po prostu piękne. Daje nieograniczone możliwości projektowania, wymyślania wzorów i nadawania charakteru wnętrzom. Dlatego właśnie w Magicznym Lesie zajmujemy się nim z pasją. Uwielbiamy zapach olejków eterycznych i tę chwilę, gdy pomysł poddany obróbce zmienia się w wygodne siedzisko, długą ławę lub skrzynię na skarby.

Najlepsze jest to, że drewno nigdy się nie kończy. To 100% naturalny surowiec, który na dodatek szybko się odnawia. Trochę słońca, wody, odpowiedniej gleby i już nic mu więcej do szczęścia nie potrzeba.

Niebieskie jajka w dodatku całe w buraczkach

Nie całkiem w buraczkach

Naturalny kolor nieba, a może głęboki brąz albo ciemny fiolet. Trzeba nadać jajkom kolor. Zamienić biel w dzieło sztuki. Poczuć radość z zabawy, stworzyć coś własnymi rękami. Ekologicznie, naturalnie, domowo. To łatwe. Wystarczy ugotować jajka na twardo w towarzystwie barwnika. Zostawić na trochę w wywarze i czekać na efekt. A ten potrafi zaskoczyć.

W teorii jest tak, że jak będziemy gotować jajka z suszoną czarną malwą, to będą miały barwę biskupiego fioletu. Kwiaty fiołka dodadzą czerni do bieli i powstanie szarawy z lekką poświatą zieleni. Gotowanie w kawie nada skorupce kolor…kawy, albo gorzkiej czekolady. Z burakami ugotują się różowe. Wywar z gotowanej kapusty powinien nadać jajkom piękny, niebieski kolor. Przecież nie od parady mówi się na nią modra kapusta. Powinien, ale nie mi nie dał. Długo gotowane i jeszcze dłużej leżakowane jajka skutecznie opierały się wszelkim zabiegom i pozostały niewzruszenie żółtawe. Zupełnie jak w życiu. Składniki, które miały przynieść szczęście, prowadzą na manowce. Sprawdzone metody zawodzą, doświadczenie się nie przydaje i trzeba otworzyć się na to, co nowe. Dać się zaskoczyć i cieszyć nieznanym albo wręcz przeciwnie odpuścić, nie zmieniać, wybrać sprawdzone sposoby i ugotować jajka w łupinkach cebuli (im ich więcej, tym ciemniejszy kolor). Ta metoda ma tę zaletę, że zawsze się udaje i na dodatek białko nadal jest białe.

Do wypróbowania jest jeszcze szpinak, kurkuma, żurawina, dąb, olcha, łupiny orzecha, herbata i mnóstwo innych barwników. W praktyce efekt domowego barwienia bywa nieprzewidywalny i zaskakujący. Często nie da się go odtworzyć i na tym polega zabawa.

Piwo zwalcza alkoholizm

W Dniu Św. Patryka irlandzcy stolarze (i nie tylko oni) mieli wolne, by bez przeszkód świętować i celebrować bez pośpiechu swojego patrona. W stolarni Magicznego Lasu na takie rozrywki trzeba poczekać do wieczora i umiar w tym świętowaniu zachować, żeby następnego dnia równo belki przycinać, fantazyjne wzory w ławach rzeźbić i sprostać każdemu zamówieniu.

Tak nam się przynajmniej wydawało, dopóki nie przeczytaliśmy broszurki Centralnego Związku Przemysłu Słodowniczego w Rzeczypospolitej Polskiej z 1929r. Żaden umiar nie jest tam wskazany, a nawet powinien być zakazany, bo piwo to trunek zacny o pożytkach nie do przecenienia. Jednocześnie tak zdrowy, że winien być zapisywany przez lekarzy wszelkiej specjalności ku powszechnej społecznej zdrowotności. Jako napój leczniczy pokrzepia, humor poprawia i troski odpędza. Spożywać go polecają przy stanach wyczerpania i cierpieniach nerwowych. Piwo „znakomite oddaje usługi w nerwowym życiu nowoczesnych miast”.

A nadto trawienie pobudza, niezbędnych kalorii dostarcza, porcję ziemniaków z powodzeniem zastępuje i alkoholizm zwalcza będąc smaczniejszym od wina i mocniejszych trunków, a przy tym mniej alkoholu zawierając. Ówczesne sławy medyczne orzekły, że napój zawierający mniej niż 4% alkoholu nie może być szkodliwy. Do tego piwo włosy pomaga układać, drewno pielęgnuje i mięso marynuje.

Ponad 100 lat przed wydaniem tej pasjonującej broszurki, hrabia Aleksander Chodkiewicz napisał książkę, w której uczył domowego warzenia piwa, a naukę tę zaczął od definicji: „Przez piwo rozumiemy napój zdrowy, przyjemny, upajający i sztuką zdziałany”. Ależ to były czasy dla piwa i promocji! Pozostaje nam opróżnić kufel. Na zdrowie.

Zakazane smaki lasu

Mogłoby się wydawać, że las to enklawa wolności. Można by nawet ulec złudzeniu, że niepodzielnie rządzi tam natura. Nieostrożnie poczuć się wolnym od wszelkich nakazów i zakazów. Uwierzyć, że tuż za miastem w dzikiej głuszy, to już tylko wolność i swoboda nas czeka. Nic bardziej mylnego. I rzecz nie w regulaminie szczegółowo określającym, czego robić nie wolno poza miejscami, do tego przeznaczonymi, a co robić trzeba, żeby natura naturą pozostała. Trudno taki regulamin przeoczyć i zazwyczaj nie zawiera niespodzianek.

A o rozporządzeniu, a nawet trzech, nie można już tego powiedzieć. Tam kryje się wiedza tajemna o tym, jak nie zostać leśnym przestępcą i wykroczeń wszelkiej maści nie popełnić. Taki na przykład czosnek niedźwiedzi pełen witamin, soli mineralnych i właściwości zdrowotnych zerwany w naturalnym środowisku i zjedzony w sałatce, jest zielem nielegalnym. Zielarz- amator może go sobie kupić, ale zebrać już nie. Krem z topinamburu ze smardzami też nie przejdzie, bo smardze okupują listę grzybów całkowicie chronionych. Nie ma też co marzyć o dżemie z rokitnika.

Jeszcze do niedawna pomysł, by na podwieczorek przyrządzić kisiel kalinowy był pomysłem tyleż smakowitym, co i zbrodniczym. Po ostatnich zmianach w prawie, pozostał już tylko pracochłonnym, ale w pełni legalnym. Można już swobodnie przynieść ze spaceru konwalie, objadać się sromotnikiem bezwstydnym, chociaż jest smrodliwy i niesmaczny lub szmaciakiem. Ten dla odmiany pięknie wygląda i nieźle smakuje. Łagodnego smaku chrobotka reniferowego trudno jednak zakosztować po samodzielnym zbiorze. Po ten przysmak trzeba się udać do kopenhaskiej Nomy, ewentualnie pewnego Atelier w wielkim mieście.

Gang w Magicznym Parku

Wiewiórki teoretycznie są zimowymi leniami. Zapadają w długi zimowy sen lub tylko udają, że śpią i w swoich dziuplach samotnie przeczekują ochłodzenie. Nie pojawiają się w lasach ani parkach aż do wiosny. No, może czasami wyściubiają nosy, by zobaczyć, czy coś się zmieniło na świecie, czy ich zebrane na ciężkie czasy żołędzie zakiełkowały i czy przyjemne promienie słońca zwiastują koniec mrozów.

To wszystko nie dotyczy mieszkańców Magicznego Parku. Tutejsze wiewiórki nie gromadzą zapasów i nie mają zamiaru spędzać zimy w samotności. Od pierwszych dni swojego życia szkolą się w trudnej sztuce nawiązywania kontaktów z ludźmi, manipulowania, wykorzystywania emocji i pobierania opłat za pozowanie do zdjęć. Chętnych nie brakuje. Oswojeni i wytresowani przez te sympatyczne gryzonie ludzie, karnie przynoszą smakołyki. Wiewiórki nie są wybredne. Jedzą z ręki orzechy, żołędzie, młode pędy drzew, nasiona, a nawet ciastka. Może i nie ma ich w typowym jadłospisie wiewiórki, ale czego się nie robi, żeby dostawać jedzenie bez wysiłku.

O żadnym siedzeniu w dziupli nie ma mowy. Zimowi spacerowicze są łatwym celem. Zachwyceni brązowymi oczami, pięknym futerkiem i powabną kitką, nie dają się długo prosić. Szybko wydobywają z kieszeni kilka przysmaków.

Teoretycznie wiewiórki żyją samotnie łącząc się w pary tylko na chwilę. Te z Magicznego Parku są inne. Może i nie umawiają się na randki częściej niż normalne przedstawicielki tego gatunku, ale za to tworzą bandy oparte na zasadach wdrożonych w życie przez Robin Hooda. Nikt nie przejdzie bezkarnie przez ich park nie opłacając się tym niewinnie wyglądającym napastnikom.

Atak jest błyskawiczny i dobrze przemyślany. Szybka wspinaczka po nogawce, sprawna rewizja kieszeni i jednoczesny wgląd w zawartość torebek zazwyczaj przynoszą efekt. Takiej skuteczności nie powstydziłby się Billy Kid, którego rewolwerowe wyczyny obrosły legendą.

Napadnięty dla własnego dobra powinien mieć przy sobie kilka włoskich orzechów lub przynajmniej marchewkę, albo trzymać się z daleka od Magicznego Parku.

Refleksje przy mieszaniu gulaszu drewnianą łyżką

W życiu nie zawsze trzeba wygrywać, starać się wybić, pchać się przed szereg i próbować ruszyć bryłę z posad świata. Sukces nie wymaga, by ścigać się z czasem, ze sobą i wbrew sobie. Nie wszystko musi się zdarzyć już teraz, najlepiej zanim będą to mieli inni. Czasami wystarczy długi zimowy spacer, kubek gorącej herbaty z konfiturą różaną, dobra książka i zamieszanie w garnku gulaszu drewnianą łyżką. Taką łyżką, która pamięta nieudany sos pieczeniowy, nosi ślady szafranu, którego żadną miarą nie można z niej zmyć oraz plamy, które zostawił sok z granatów.

W życiu nie zawsze trzeba równać do najlepszych. Wystarczy być szczęśliwą wersją siebie. Żyć w swoim tempie i na własnych zasadach, nawet jeżeli czasami oznacza to nagrodę „Drewnianej Łyżki”. Takie trofeum dostawali studenci Cambridge, którzy uzyskali najmniej punktów na egzaminie z matematyki, a jednak go zdali. Ostatnią Drewnianą Łyżkę przyznano ponad 100 lat temu, do dzisiaj przetrwały już tylko nieliczne egzemplarze, ale nagroda wręczana jest nadal, tyle że już symbolicznie i nie studentom, a sportowcom. Można ją zdobyć tylko wtedy, gdy przegrało się wszystkie mecze Pucharu Sześciu Narodów lub było się najsłabszą drużyną turnieju.

Udział bywa ważniejszy od zwycięstwa, bo czasem trudniej zrobić pierwszy krok, niż pokonać tysiące mil. Trudniej jest wsłuchać się w siebie, znaleźć swoją drogę, wiedzieć, czego się chce i po to sięgnąć. Nieważne, że nie odbędzie się to w blasku fleszy, nie zakończy medalem na szyi, nie napiszą o tym książki, nie nakręcą filmu. Nie warto być zwycięzcą, lepiej być szczęśliwym.

Bunt za zamkniętymi, solidnymi, drewnianymi drzwiami

Trwa styczeń, czas zmian. Koniecznie trzeba schudnąć, jeść owsiankę i rzucić palenie. Najlepiej dodać do tego porządek w szafie, mycie naczyń na bieżąco, poprawę kondycji, poranne medytacje zamiast chaosu, twórcze spędzanie czasu wolnego.

A gdyby tak nic nie zmieniać? Uznać, że jesteśmy doskonali ze swoimi słabościami? Tak dla odmiany, zamknąć za sobą drzwi do narzekania i niezadowolenia? Zaakceptować, że lubimy czekoladę, że czasem nic nam się nie chce, że mamy prawo marnować czas, nie myśleć o konsekwencjach i nie być dorosłymi przez całą dobę?

Nie ma wzoru na życie doskonałe, ani jednego sposobu na wszystko. Kruszymy w łóżku, odkładamy wszystko na ostatnią chwilę, lubimy słodycze. I tak jest dobrze.

Nie wszyscy muszą za nami przepadać, nie każdemu musimy się podobać. Wystarczy, żeby kochali nas ci, na których nam zależy, najlepiej takimi, jakimi jesteśmy.

Zmiany są od tego, by sprawiały nam radość i dostarczały przeżyć, by było o czym opowiadać, gdy akurat mamy czas na „nicnierobienie” i chcemy powspominać, jak smakowało domowe ciasto czekoladowe jedzone palcami, jak pięknie było w zimowym lesie. Dobrze być po prostu sobą.